Siłaczka |
|
Łóżko Stasi było rozmiecione: kołdra leżała na ziemi, prześcieradło zwieszało się na podłogę, poduszka przepocona leżała na środku łóżka. Druciane haczyki okien stukały monotonnie o ramy szyb; listki jakiejś rośliny, moknące w doniczce, zwieszały się i zwijały od mrozu. Przez uchylone drzwi widział chłopów klękających dokoła ubranego już trupa, dzieci modlące się "na książce", stolarza zdejmującego miarę na trumnę... Wszedł tam i ochrypłym głosem rozkazał, aby zbić trumnę z czterech desek nie heblowanych, wiórów pod głowę nasłać. - Nic więcej... słyszysz! - mówił do stolarza z tajoną wściekłością - cztery deski, nic więcej... Przypomniał sobie, że trzeba kogoś zwiadomić... rodzinę. Gdzież jest ta rodzina?... Zaczął z tępą, idiotyczną zapobiegliwością układać na jeden stos książki, rejestry szkolne, kajety, jakieś rękopisy. Natrafił wśród papierów na początek listu. Kochana Helenko! Od kilku dni czuję się tak źle, że prawdopodobnie przeniosę się przed oblicze Minosa i Radamantesa, Eakosa i Tryptolemosa5 oraz innych wielu z półbogów, którzy itd. W razie tego "przesiedlenia się stąd na miejsce inne" zechciej zażądać od wójta mojej gminy, aby pozostałą po mnie spuściznę książkową na ręce twoje wysłał. Opracowałam nareszcie "Fizykę dla ludu" nad którą tyle nałamałyśmy sobie głów dziewiczych: opracowałam na brudno - niestety! Jeżeli ci czasu starczy - zawsze w razie mego przesiedlenia się na miejsce inne - uszykuj to do druku i zmuś Antosia - niech przepisze; on to dla mnie zrobi. Ach, co za smutek!... Prawda!... księgarzowi naszemu winnam jedenaście rubli kopiejek sześćdziesiąt pięć... wypłać mu... Spencerem6 moim, gdyż pustki u mnie w szkatule. Sobie na pamiątkę weź... Ostatnie wyrazy nieczytelnymi już były pisane kreskami. Nie było adresu - nie można też było listu wysłać. W szufladzie stolika znalazł doktor rękopis owej Fizyki, o której w liście czytał, zwitki notatek i szpargałów, w szafce - trochę bielizny, salopkę kotkami podbitą, jakąś czarną sukienkę... Krzątając się po pokoiku dostrzegł w izbie szkolnej chłopaka, który jeździł po lekarstwo; stal przytulony w kącie obok pieca, przestępując z nogi na nogę. Zwierzęca nienawiść zadrgała w duszy doktora. - Dlaczegoś na czas nie wrócił?! - zawołał przyskakując do chłopca. - Zabłądziłem na polu, koń mi ustał... piechotą przyszedłem rano... panienka już wtedy... - Kłamiesz! |
Poprzednia strona
| 15 |
Następna strona
|