Wielki Aleksander Gordon |
|
8 Jest rok 1964. Gordon siedzi na ławce w Łazienkach i w filmowym skrócie przebiega myślą dzieje swojego życia. Minęła już godzina, odkąd wyszedł z bufetu teatralnego. Aktorzy przez jakiś czas plotkowali na jego temat. - Słuchajcie, mam dla was sensację - zawołał Skoryna, gdy tylko zamknęły się drzwi za Gordonem. - Opowiadał mi facet, który go zna sprzed wojny, wiecie, ten łysy literat, co to przychodził tu do niego w zeszłym tygodniu, nie pamiętam, jak się nazywa... Otóż opowiadał mi, że Gordon nigdy nie miał żadnej córki. A historia z Ewą to zwyczajna lipa. Nic dziwnego, że mistrzunio jest ostatnio taki wesolutki. Poderwał sobie dziewczynę i dobra jest. No nie? - Głupstwa pleciesz - oburzyła się stara Wilska. - Ewa miała dwanaście lat, kiedy zjawiła się na horyzoncie. Ty tego nie pamiętasz, a ja widziałam ją jako dziecko. Znalazł się odkrywca Ameryki. Gordon siedzi na ławce w Łazienkach, orzeźwia go chłodny powiew płynący od wody, zieleń pachnie świeżością, w powietrzu unosi się ledwie uchwytna woń jaśminów. - Proszę pana, która godzina? - zapytała go ta sama dziewczynka, spotkana na mostku. - Wpół do trzeciej - rzekł Gordon spojrzawszy na zegarek. Zerwał się z ławki i szybko ruszył w kierunku samochodu. Obiad czeka... Teresa już pewno wygląda przez okno - pomyślał Gordon, zapuszczając silnik. Gdy zatrzymał się przed domem, usłyszał z daleka dźwięki Ballady g-moll. To Ewa grała ją zawsze na powitanie ojca, skoro tylko Teresa zawołała z kuchni: - Panienko! Już jest! |
Poprzednia strona
| 45 |
Następna strona
|