Wielki Aleksander Gordon |
|
Teresa, stara panna o niewyżytych instynktach macierzyńskich, pierwsza pozyskała zaufanie Ewy. Zabierała ją z sobą do miasta i uroczyście wprowadzała w świat swoich znajomości. W sklepie spożywczym, w kiosku Ruchu, w pralni, u szewca prezentowała Ewę: - To córka mistrza. Albo: - Pani Różycka, proszę popatrzeć. Córeczka mistrza Gordona. Przyjechała z zagranicy. Podobna, co? Niebawem cała dzielnica, która znała wielkiego aktora i szczyciła się tym, że zalicza go w poczet swoich mieszkańców, komentowała pojawienie się Ewy. Wkrótce oswojono się z jej widokiem, przyjęto wersję Teresy, jakoby Gordon sprowadził córkę z Anglii. Dziwiono się jedynie jej nieskażonej polszczyźnie. W szkole nosiła wprawdzie nazwisko Sobotówny, ale i tam uznawano ją za córkę Gordona. Gdzieniegdzie jeszcze po kątach plotkowano na ten temat. Wiara w mity krążące wokół życia i obyczajów aktorów nadawała wszelkim osobliwym sytuacjom cechy prawdopodobieństwa. Od chwili gdy Ewa z nim zamieszkała, Gordon znowu stał się domatorem. Nie odczuwał już samotności tak dotkliwie jak dawniej. Obserwował z zaciekawieniem zachowanie dziewczynki, jej początkową nieufność i rażący go u niej spryt kundla. Było coś irytującego w braku szczerości, w wykrętnych odpowiedziach Ewy, którą przecież otaczał nieustanną troskliwością i opieką. Może nie umiał jeszcze wykrzesać z siebie dostatecznego ciepła. Kazał jej mówić do siebie tatusiu, co brzmiało nienaturalnie i nie pozbawiało obcości ich wzajemnych stosunków, Przełom nastąpił dopiero na początku zimy. Pewnej niedzieli Gordon siedział za biurkiem w gabinecie i wraz z Ewą przeglądał jej szkolne zeszyty. |
Poprzednia strona
| 34 |
Następna strona
|