Wielki Aleksander Gordon |
|
- Pan ze mnie kpi... Pana Tadeusza przerabialiśmy jeszcze w szkole. - A więc pani go nie czytała! Niech pani posłucha. Gordon wstał z fotela, oparł się o półkę z książkami i zaczął recytować obszerny fragment z księgi czwartej. Izolda słuchała z szeroko otwartymi oczami, uśmiechała się z zaciekawieniem. Gordon wydobył z poematu wszystkie jego powaby, zmieniał głos, modulował go i po mistrzowsku podkreślał humor, barwę, muzykę wiersza. A kiedy przerwał recytację, znowu zapytał: - Czy pani to czytała? Izolda, z wypiekami na twarzy, odrzekła nieśmiało: - Nie... tego nie pamiętam. Ośmieszyłam się, prawda? - Porozmawiamy jeszcze na ten temat. Ale może kiedy indziej. Pani pozwoli, że do audycji sam sobie dobiorę partnerów. Muszę porozumieć się z kolegami w teatrze. Pani jest bardzo miła, ale też bardzo młoda. Proszę do mnie wpaść jutro za kulisy. Będę mógł podać pani nazwiska aktorów. Spotkania z Izoldą odbywały się odtąd częściej. Trwały próby i nagrywania poszczególnych partii audycji na taśmę. Pewnego dnia po próbie Gordon zaprosił Izoldę na kolację. Siedzieli w przytulnym kącie sali, z dala od hałaśłiwych saksofonów, które bardziej przypominały uliczny zgiełk aniżeli uporządkowaną grę instrumentów. Kiedy kelner podał zamówione przez Gordona szparagi, Izolda zawołała z rozbrajającym zdziwieniem: - Co to? Nigdy tego nie jadłam! Wydała się Gordonowi uroczą dzikuską. Dyplom uniwersytecki nie był w stanie pokryć jej ignorancji i mógł uchodzić za curiosum naszych nieuważnych czasów. Słuchając sądów Izoldy o literaturze, Gordon myślał z pobłażliwym uśmiechem: Boże, jaka ona miła! Mentalność pęczka rzodkiewki, a ile przy tym wdzięku. |
Poprzednia strona
| 18 |
Następna strona
|