Wielki Aleksander Gordon |
|
- Tak... no dobrze... Zostawię w kopercie u portiera. Przy jego stoliku w Klubie przewijali się wykolejeni aktorzy, grafomani, drugorzędni malarze, poszukujący fundatora. A później licytowali się między sobą, który z nich celniej go przygordonił. Cytrynowy okres trwał przeszło pół roku. Ale Melpomena czuwała nad swoim wybrańcem. Powołanie artysty okazało się silniejsze niż rozpacz porzuconego kochanka. Wielki Gordon w sztuce znalazł ukojenie i grając Otella budził taką grozę, że młoda aktorka, występująca w roli Desdemony, zemdlała na scenie z przerażenia. Lena po upływie roku wyszła za mąż za podrzędnego rzeźbiarza, który ją maltretował i bijał po pijanemu. Gordon raz tylko widział ją przelotnie w kawiarni. Z wolna oddalała się z jego pamięci. Podczas wojny Niemcy wywieźli Lenę na roboty do Drezna, gdzie zginęła podczas dywanowego bombardowania tego miasta przez alianckie samoloty. Na wieść o tym Gordon z zawstydzeniem pomyślał, że gdyby Lena umarła wtedy, kiedy była z nim, cierpiałby mniej niż wskutek bólu, który mu zadała opuszczając go tak bezlitośnie. Natychmiast jednak zdał sobie sprawę, że jej śmierć odczuwał jak czasową tylko nieobecność. Aktor, który dziesiątki razy umierał na scenie, nie umiał ogarnąć świadomością całej prawdy o istocie śmierci, o stanie absolutnego nieistnienia. Czy zresztą samo słowo stan nie niweluje w jakimś sensie tego pojęcia? Ale sprawa z Leną nie oznaczała tylko jednorazowej klęski. Miała dla Gordona znaczenie o wiele głębsze, gdyż obnażyła w całej ostrości właściwy dramat jego życia. On, który dawał ludziom nieprzemijające wzruszenia, który umiał z genialną rozrzutnością pokazywać wielkie namiętności i uczucia, sam żył jak potępieniec, nieustannie łaknący i spragniony miłości. Dopiero Lena sprawiła, że uświadomił sobie w pełni tę fatalną prawdę. Nie kochała go żadna kobieta pomimo wszelkich zalet męskiej urady i charakteru. W chwilach rozczarowań zastanawiał się nad sobą, prowadził, jak na aktora przystało, patetyczny monolog wewnętrzny: |